Przejdź do sklepu
Logo

Creed. Narodziny legendy - Recenzja

Ryan Coogler
Odradzane dla: Fanów horrorów  
Data recenzji:
Recenzent: Łukasz Radecki
Creed. Narodziny legendy

Genialne zwieńczenie serii o Rockym. A może nowy początek?

Historia Rocky'ego Balboa poniekąd jest historią samego Sylwestra Stallone'a. Tak jak jego najsłynniejsza postać, tak i Sly musiał przez lata walczyć uparcie o miejsce na szczycie, nawet mimo sukcesu odpierać ciągłe ataki krytyków i naśmiewających się antyfanów. I choć zdawało się, że seria umarła wraz z fatalną częścią piątą, Stallone dokonał niemożliwego i postawił kropkę nad „i” znakomitą odsłoną szóstą. Piękne zamknięcie serii zadowoliło większość fanów i stanowiło ukoronowanie cyklu. Nikt chyba nie wierzył, że Rocky powróci raz jeszcze. A jednak...

Czas leci nieubłaganie. Minęło czterdzieści lat od momentu, gdy Sylwester Stallone włożył rękawice bokserskie i stanął na ringu naprzeciw granego przez Carla Weathersa mistrza wagi ciężkiej Apollo Creeda. Wykreował w ten sposób jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii kinematografii i, choć wielu zdaje się o tym zapominać, stworzył rolę, która była porównywana do dokonań największych: Roberta De Niro, Paula Newmana, a samemu Sly'owi nominację do Oskara (film dostał zresztą siedem i trzema statuetkami został nagrodzony). Sylwester miał wtedy trzydzieści lat. Dziś, po pięciu znacznie słabszych, czasem wręcz fatalnych, kontynuacjach, licznych nominacjach do Złotej Maliny (i niektórych wygranych), siedemdziesięcioletni Stallone znów staje na podium, znów jako Rocky Balboa. Czas leci nieubłaganie, więc nie pcha się już na ring (ostatni raz wszedł tam trzy lata temu z Robertem De Niro w średnich Legendach Ringu), zostaje trenerem młodego, niepokornego zawodnika, Adonisa Johnsona, nieślubnego syna Apollo Creeda. Historia zatacza koło, dosłownie i w przenośni.

Pomysł na realizację tego filmu był równie genialny, co kuriozalny i szczerze przyznaję, że nawet teraz, już po seansie, wciąż nie mogę się nadziwić, jak sprawnie udało się twórcom zrealizować rzecz niemożliwą – nakręcili najlepszy sequel Rocky'ego, stworzyli film, który z jednej strony jest całkowitą odwrotnością genialnego filmu sprzed czterdziestu lat, a jednocześnie jego perfekcyjną kontynuacją. Młody Adonis (w tej roli nielubiany przeze mnie, a jednak niezwykle przekonujący Michael B. Jordan) to chłopak z problemami. Jest nieślubnym synem słynnego mistrza wagi ciężkiej, Apollo Creeda, ale porzucony przez matkę wdaje się ciągle w rozróby i trafia do domu dziecka. Stamtąd zabiera go żona zmarłego mistrza (w tej roli sama pani Huxtable – Phylicia Rashad). Chłopak kończy studia, ma dobrą pracę, ale nieprzerwanie marzy o walce na ringu. W pewnym momencie rzuca wszystko i jedzie do Filadelfii, gdzie prowadzi małą restaurację włoską dawny gwiazdor boksu, wielki przyjaciel jego ojca, Rocky Balboa. Człowiek stary, zmęczony życiem i jednocześnie z nim pogodzony, który niczego już od losu nie oczekuje, niczego się nie spodziewa. Konfrontacja tych dwóch charakterów stanowi oś fabularną, choć obowiązkowo wpleciono w to pojedynek o tytuł mistrza (a jakże!) i wątek miłosny młodego zawodnika (bo niektórzy wciąż zapominają, że siłą dwóch pierwszych filmów z Rocky'm był jego związek z Adrian Pennino). A wszystko to zostało poprowadzone z niezwykłym wyczuciem i smakiem, a przy tym z niezwykłą subtelnością (jako choćby problemy zdrowotne Bianki, dziewczyny Creeda). I choć całość prowadzi do nieuniknionego starcia na ringu, gdzie obowiązkowo krew będzie tryskać z rozbitych łuków brwiowych, a Michael B. Jordan udowadniać wszystkim, że wybór jego do tej roli był znakomitą decyzją, to i tak całość kradnie Stallone w jednej z ról życia (bo wciąż waham się, czy nie był lepszy w Copland). Czy to w momentach, gdy w kilku scenach składa hołd Burgessowi Meredithowi i jego kreacji trenera Mickeya Goldmilla w pierwszych trzech filmach serii, czy w chwilach, gdy po prostu jest Rocky'm – nieporadnym, wciąż, a może jeszcze bardziej zagubionym, który popełnia błędy ortograficzne rozpisując trening lub spoglądając w niebo, gdy Adonis mówi, że zapisuje pliki w chmurze. Mistrzostwem jest zaś scena ze słynnymi schodami, które obowiązkowo Balboa musi pokonać – w jakim tym razem stylu!

Nie wiem, czy Ryanowi Cooglerowi uda się stworzyć nową serię, czy po prostu w genialny sposób zamknął poprzednią. Ogrom serca i szacunku włożony w kontynuację klasyka opłacił się jednak z nawiązką. Czy polski podtytuł, Narodziny legendy będzie adekwatny, czas pokaże. Póki co, jest to genialne zwieńczenie zupełnie innej legendy. Chciałbym wierzyć, że podobny zabieg uda się wreszcie przy wielokrotnie zapowiadanym Rambo 5 i że nikt już nie będzie nas zmuszał do Niezniszczalnych 4.

Tymczasem, dzięki Galapagos Films, możemy cieszyć się w domowym zaciszu perfekcyjnym dopełnieniem kultowej serii filmów o niezwykłym bokserze. DVD zawiera dodatkowo króciutki, ledwie piętnastominutowy film o treningach Michaela B. Jordana, ale nie dla dodatków sięgamy po to dzieło, prawda?

Osobną wzmiankę chciałbym poświęcić głównemu przeciwnikowi Creeda w tym filmie, Pretty Rickowi Conlanowi. Podobnie jak w przypadku Rocky Balboa, rolę antagonisty powierzono zawodowemu bokserowi. Antonio Traver, mistrz wagi półciężkiej całkiem nieźle prezentował się jako przeciwnik Stallone'go, ale Tony Bellew wypada po prostu znakomicie, ze zdziwieniem odkryłem, że to jego debiutancka rola, a prawdziwym życiem jest walka w wadze ciężkiej. Brawo, jak widać, ten film nie ma słabych punktów.


Łukasz Radecki

Zobacz

PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij