Przejdź do sklepu
Logo

Bez znieczulenia - Recenzja

Juliusz Wojciechowicz
Polecane dla: Fanów opowiadań
Odradzane dla: Wielbicielek Harlequina  
Data recenzji:
Bez znieczulenia

To książka ukazująca, jak rodzi się nowy literacki talent.

To nie jest łatwa książka. To nie typ lekkiej literatury na wakacje. Jednoczeście to pozycja, którą powinniście przeczytać. Choćby po to, by wiedzieć, jaki pojawia się właśnie na scenie literacki talent.

Julka Wojciechowicza wielu z Was nie zna. Nigdy o nim nie słyszeliście. I choć jest od dawna obecny w polskim fandomie, mniej lub bardziej związanym z grozą, a na pewno, głęboko spowinowaconym z polską popkulturą, choć był redaktorem dwóch znakomitych antologii Pokłosie i Hardboiled, wielu z Was spotyka się z tym nazwiskiem po raz pierwszy. Nie dziwię się. Nie osądzam, nie narzekam. Po prostu uświadamiam, że macie coś do nadrobienia.

Bez znieczulenia to książkowy debiut Wojciechowicza, zawierający wiele jego wczesnych tekstów. Wydawnictwo GMORK postanowiło je wydać, zapełniając tym samym pewną lukę w polskiej literaturze. Lukę powstałą, kiedy Łukasz Orbitowski czy Jakub Małecki porzucili mroczno-fantastyczne opowieści dla głównego nurtu. I chwała im za to, nie przeczę, jednak polska mroczna literatura poczuła ten brak. Pewna epoka się skończyła. Bez znieczulenia tę pustą przestrzeń zapełnia. Autor książki podejmuje estetykę, z jakiej chętnie czerpali wzmiankowani twórcy i idzie w ich ślady, wynosząc grozę i fantastyke na poziom wyższy, niż zwykła literatura rynsztokowa, jednocześniej udowadniając, że gatunki te nie muszą być traktowane jako gorszy sort literatury.

To opowiadania mroczne, często groteskowe, często brutalne. Ale nie typową horrorową brutalnością, ale sugestywnym, oddaniem niuansów otaczającej nas rzeczywistości. A ta rzeczywistość niejednokrotnie bywa krwawa i brutalna.

Juliusz Wojciechowicz doskonale panuje nad słowem i jest jednym z nielicznych autorów nowej fali, który ma świadomość, że język opowieści jest o wiele ważniejszy, niż sama opowieść. Nie rzuca się na wielowątkową, powikłaną historię, by opowiedzieć ja lakonicznym zlepiek zdań, ledwie gramatycznie poprawnych. Nie, on wciska się pod osnowę rzeczywistości, by poznać ją, odczuć na wskroś emocjonalnie, a potem nam , czytelnikom te uczucia przekazać. To autor, który może i jeszcze nie panuje nad językem opowieści, jak to robi Orbitowski, może jest mroczniejszy i bardziej odrealniony, niż Żulczyk, może nie ma tego ciepła emocji, co Małecki... Ale to autor, który jest na najlepszej drodze, by to wszystko osiągnąć.

Jak wspomniałem, to wczesne opowiadania Wojciechowicza i momentami da się wyczuć w nich pewną niedojrzałość. Zwłaszcza, kiedy porównamy je z późniejszymi dokonaniami autora, choćby ze wspomnianych wcześniej antologii, czy z magazynów literackich, jak Okolica Strachu. Jednak - mimo tej niedojrzałości - a może właśnie dzięki niej? - historie zawarte w Bez znieczulenia zachwycają formą. Świeżością i precyzją relacjonowania świata. Bo może się wam wydawać, że te historie są przerysowane, że są groteskowo fantastyczne. Ale to - owszem, pokazane w krzywym zwierciadle - odbicia naszego świata, naszego otoczenia. I choć momentami zdają się być jak kawałki potrzaskanego lustra, to nieodzownie obnażają nasze słabości i grzechy. Nasz nepotyzm, egoizm i naszą małostkowość. Zawsze robiąc to bez znieczulenia.

Porównuję prozę Wojciechowicza do twórczości Orbitowskiego, Żulczyka czy Małeckiego robiąc to z pełna premedytacją - bowiem funkcjonują oni - i ich styl pisania - w masowej świadomości czytelników. Niemniej jednak wśród autorów polskiej nowej fali Wojciechowicz kojarzy mi się stylistycznie choćby z innym młodym twórcą - Maciejem Kaźmierczakiem, autorem zbiorku Zwierzyna. Lub z Aleksandrą Zielińską, autorką wyjątkowego Przypadku Alicji, która w krótkich formach bliska była temu emocjonalnemu zaglądaniu pod płaszczyk rzeczywistości i obnażaniu jej, jak to czyni autor Bez znieczulenia.

Bez znieczulenia to książka, która zaskoczy was swoją dosadnością i tym, ile przekazać można w zaledwie kilkustronicowych opowiadaniach. Jeśli umie się snuć opowieści. Juliusz Wojciechowicz z całą pewnością to potrafi.

Mógłbym rozwodzić się nad każdym tekstem, rozkładać go na czynniki pierwsze, analizować i wznosić peany pochwalne lub załamywać ręce. Jednak zacytuję tylko znanego propagatora grozy - Sebastiana Sokołowskiego z Okiem na Horror: Po cholerę rozpisywać się nad czymś co można ująć jednym słowem?.

ŚWIETNE!

Podpisuję się pod powyższą opinią obiema rękami.



Mariusz "Orzeł" Wojteczek

PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij