Przejdź do sklepu
Logo

Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw - Recenzja

Marcin Sergiusz Przybyłek
Odradzane dla: Wielbicielek Harlequina  
Data recenzji:
Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw

Torkil Aymore powraca!

Torkil Aymore - jeden z najlepszych gamedeców swoich czasów - powraca w drugim tomie pięcio-tomowego cyklu Marcina Sergiusza Przybyłka - Gamedec. I jest z jednej strony takim samym bezczelnym kobieciarzem, zupełnie nie rozumiejących słowa „monogamia”, a z drugiej doskonałym analitykiem, świetnie kojarzącym fakty, myślącym nieszablonowo i mającym realne szanse - jako jedyny - odkryć prawdę o tajemniczym wirusie atakującym sieć. Z racji swoich zdolności staje się celem zarówno służb specjalnych, jak i wpływowych grup interesów, korporacji, a nawet działających w podziemiu wywrotowców. To składa się na zadziwiający koktajl, gdzie świat rzeczywisty płynnie przenika się z wirtualnym, a autor umiejętnie wiedzie nas przez meandry i pułapki rozwijającej się szaleńczo technologii przyszłości.

 

Postać Torkila Aymore'a to kreacja trochę na steranego życiem detektywa z chandlerowskich kryminałów - co dało się odczuć mocno w pierwszym tomie - z tym, że wrzuconego w świat wirtualny i lepiej czującego się w świecie gier, niż w realu. Mocno przerysowana postać, którą kobiety kochają bez pamięci - z czego zainteresowany dzielnie i bez skrepowania korzysta przy każdej okazji - okraszona znaczną dawka humoru i podbudowana silną niechęcią Przybyłka do struktur korporacyjnych serwuje nam obraz świata, w który nie tak znów trudno uwierzyć. Bowiem rozwój technologii postepuje w tempie wykładniczym i to, co opisuje Przybyłek jako przyszłość, tylko pozornie może się zdawać niewyobrażalne, a rzeczywiście ma szansę okazać się pieśnią jutra.

Jednak poza ironicznym, nieco komiksowym sztafażem głównej postaci autor Gamedeca kreśli nam dość ponurą wizję świata uzależnionego od technologii, od wirtualnych doznań. Świata, gdzie ludzie pragną coraz mocniej uciec od realności, bo ta wymaga wysiłku, zaangażowania, albo i chociaż pełniejszej interakcji z innymi jednostkami społecznymi, dla zdrowego funkcjonowania. Wirtualna rzeczywistość daje im możliwość kreowania samych siebie wg indywidualnych wymagań, a więc tym samym umacnia ich brak poczucia pewności siebie, brak akceptacji tego, kim są i jacy są. To smutny obraz, który zdaje się być gorzką i prawdziwą parafrazą naszych czasów. Tego, że chętniej oddajemy się wirtualnemu, niż realnemu życiu, tym samym oddalając się od siebie nawzajem, coraz bardziej tracąc zwyczajne zdolności interpersonalne. Z drugiej strony w powieści Przybyłka wirtualne, wykreowane w komputerowej rzeczywistości byty coraz mocniej odczuwają pragnienie uczłowieczenia, przybrania nie tylko cielesnej powłoki , ale upodobnienie jej jak najmocniej do ludzkiego ciała. Chcą stać się ludźmi, uciekając z virtualu, a więc dokonując swoistej negacji słuszności pragnień przedstawionego w powieści społeczeństwa.

Całość wciśnięta została w oprawę pulpowej powieści rozrywkowej, obfitującej w dynamiczną akcję, efektowne pościgi i wybuchy, co akurat świetnie się dla tej opowieści sprawdza, unkając formy swoistej, przeintelektualizowanej przypowieści, ale przemycając treści ważkie i znaczące niejako pomiędzy wierszami. Słowem - dobra, pulpowa fantastyka, z warstwą głębszą niżby mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka, choćby poprzez głównego bohatera..

Przybyłek w całym tekście - w formie reklam nowych korporacyjnych produktów - kreśli nam szerszą, spójną wizję świata, która uzupełnia poznawane z każdą historią z Gamedeca uniwersum.

Jest to z pewnością jedna z ciekawszych - i rozleglejszych - wizji swiata sf w naszej rodzimej literaturze, a szeroki wachlarz społeczno - filozoficznych przemyśleń został na tyle starannie wpleciony w rozrywkową treść, ze nie odbiera książce zasłużonego miana dzieła kultury popularnej, jednocześnie uciekając od formy tylko odintelektualizowanej rozrywki.

 

Cóż, ja osobiście długi czas obchodziłem prozę Przybyłka szerokim łukiem, bowiem jawiła mi się - nie wiedzieć czemu - jako przeintelektualizowana, na wyrost zagmatwana i zbyt tendencyjnie odnoszaca się do tematu korporacji ( co mnie troche gryzło w CEO Slayer). Jednak kolejna przygoda z gamedekiem Torkilem Aymorem udowadnia, że pobieżnie wydawane opinie mogą być bardzo mylące, a Przybyłek jest - po Robercie Szmidtcie - drugim czołowym autorem sf. I już nawet nie chodzi o palmę pierwszeństwa ( mam nadzieję, że się autor za tę drugą lokatę nie obrazi) bowiem proza obydwu pisarzy - mimo częstego sięgania po humor oraz niechęci do korporacji - jest znacząco różna. Przybyłek nie tylko zdaje się mocniej balansować na krawędzi komiksowego kiczu w kreacji swoich postaci, to jednocześnie wybiera zgłębianie społeczno-filozoficznych zależności wynikających z fascynacji człowieka wirtualną rzeczywistością, a Szmidt woli przemierzać bezmiar kosmosu, sięgając po gatunkową space operę.

Nie zmienia to faktu, że Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw to dobry przykład na to, że Polacy potrafią pisać prozę opartą na najważniejszych trendach kultury masowej, a jednocześnie w umiejętny sposób pytać o kondycję społeczną, nie popadając przy tym w zbytni manieryzm.

Polecam.

PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij