Przejdź do sklepu
Logo

Grom i szkwał - Recenzja

Jacek Łukawski
Polecane dla: Miłośników fantasy
Odradzane dla: Wielbicielek Harlequina  
Data recenzji:
Grom i szkwał

Łukawski udowadnia, że polscy autorzy - kiedy wyzbędą się kompleksów - śmiało mogą, a wręcz powinni sięgać po fantasy

Choć polski czytelnik uwielbia fantasy - o czym świadczy popularność zachodnich serii na naszym rynku - to spośród rodzimych autorów nie bardzo miał w czym wybierać. Doskwierający chyba większości autorów „kompleks Sapkowskiego”, sugerował, że nie da się tego zrobić dobrze, że zawsze będzie to marna namiastka wiedźmińskiej sagi. Chyba jedynie Robert Wegner przełamał ten impas swoją serią Opowieści z meekhańskiego pogranicza, serwując polskiemu odbiorcy pełnowymiarową sagę fantasy z prawdziwego zdarzenia.
Jednak obecnie widać światełko w tunelu, między innymi dzięki takim powieściom, jak Grom i szkwał, będący bezpośrednią kontynuacją Krwi i stali - pierwszego tomu serii Kraina martwej ziemi Jacka Łukawskiego. I niewątpliwie jest to godna kontynuacja, zaostrzająca apetyt na kolejne tomy serii.
 
Autor znów zabiera nas do świata, gdzie liczy się ostry miecz i twardy tyłek, bo bohaterowie co rusz wpadają w kłopoty i obrywają od losu bolesne kopniaki. Kraina martwej ziemi to świat wykreowany z rozmachem, interesujący w swoich założeniach, i choć opierający się na klasycznych kreacjach gatunku, to jednak starający się nie kopiować na ślepo schematów fabularnych, ale iść nieco oryginalniejszą ścieżką.  W serii powieściowej Łukawskiego bohaterowie nie są nieskazitelni i czasem mają wątpliwości, czy ciepłe łóżko i ciepłe ciało do towarzystwa w tymże łóżku nie jest ważniejsze, niźli obowiązek poddańczej, ryzykownej służby królestwu. Zwłaszcza, że król nie żyje, a księżniczka nie jest tą mądrą, szlachetną i cnotliwą dziewoją. A ściślej jest złośliwą, apodyktyczną jędzą, którą interesuje jej własne, osobiste dobro, a nie dbałość o Królestwo (tak, takie przez duże K) i poddanych. 
Jednak obowiązkowość zazwyczaj wygrywa - mimo wszystko - i nasz główny bohater z tomu pierwszego - Arthorn - znów mierzy się z całym światem i z niezliczonymi przeciwnościami losu, by ratować już nawet nie samo Królestwo jako takie, ale wręcz jego ideę, jego wyobrażenie, archetyp ojczyzny i władcy, którym poprzysięgał wierność.
Rzecz jasna, prócz Arthorna mamy tu o wiele więcej bohaterów i Łukawski nie zapomina o żadnym, kreśląc fabułę wielowątkowo, pokazując nam historię z różnych perspektyw. Wprawne oko znajdzie wiele nawiązań i zapożyczeń do klasyki i twórczości mistrzów pióra, ale nie są to zapożyczenia bezmyślne, a raczej ukłon w stronę klasycznych pisarzy oraz niekiedy flirt z ich pomysłami, które Łukawski przekuwa na swoją wizję, wzbogacając Krainę martwej ziemi w ciekawe rozwiązania fabularne. 
Znajdziemy w powieści wszystko, co oferowała nam część pierwsza, a może nawet więcej? Jest szczypta humoru i dużo heroizmu. Są epickie walki i groźne spiski. Są księżniczki - jak wspomniałem niekoniecznie szlachetne i cnotliwe - i są rycerze, ale nie zaślepieni swoim patriotyzmem, ale targani wątpliwościami, po cholerę im w ogóle to wszystko...
Łukawski po raz kolejny udowadnia, że potrafi odnaleźć się w gatunku, jakim jest fantasy i że ma interesującą wizję kreowanego przez siebie świata. 
Jeśli miałbym szukać podobieństw, to z pewnością wspomniałbym o Xsięgach Nefasa Małgorzaty Saramonowicz. Choć Łukawski celuje w klasyczną fantasy opartą na wymyślonym w całości świecie przedstawionym, a Saramonowicz sięga po początki polskiej państwowości i garściami czerpie ze słowiańskich wierzeń i mitologii, to jednak obie serie mają wiele punktów stycznych, zwłaszcza w kreacji głównego bohatera. Tak samo pełen poświęcenia i młodzieńczych ideałów, po latach wiernej służby zaczyna mieć wątpliwości, po co to wszystko? Czy idea ślepej służby dla swego władcy jest naprawdę tym najsłuszniejszym wyborem, tą najmądrzejszą ścieżką, jaką można podążać? Zwłaszcza, kiedy dług wdzięczności wobec królestwa dawno został spłacony, a zamiast nagród i splendoru tylko cierpienie i w najlepszym wypadku ból w starzejących się kościach...
 
Łukawski udowadnia, że polscy autorzy - kiedy wyzbędą się kompleksów - śmiało mogą, a wręcz powinni sięgać po fantasy, jako gatunek  będący na tyle plastycznym tworzywem, że z całą pewnością oferuje szeroki wachlarz możliwości.
Grom i szkwał to godna kontynuacja Krwi i stali i pomimo małych niedociągnięć warsztatowych, zwłaszcza w chwilami przesadzonej stylizacji językowej  jest powieścią, która zasługuje na uwagę. Autor ma potencjał i z kolejnym tomem z większą pewnością z niego korzysta, co rozbudza jeszcze większe nadzieje na tom trzeci.Czekam niecierpliwie, bo Łukawski wprawnie uzupełnia rynkową niszę, bowiem dobrych autorów fantasy w naszym kraju nie ma zbyt wielu.
A szkoda.

Mariusz "Orzeł" Wojteczek
 
PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij