Przejdź do sklepu
Logo

Pył Ziemi - Recenzja

Rafał Cichowski
Polecane dla: Fanów science-fiction
Odradzane dla: Wielbicielek Harlequina  
Data recenzji:
Pył Ziemi

Cichowski w Pyle Ziemi przełamuje gatunkowe konwencje, udowadniając, że polskie SF nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa

Pył Ziemi to nowa powieść Rafała Cichowskiego, który debiutował w 2015 roku powieścią 2049. Tym razem powraca w słodko- gorzkiej mieszance space-opery i postapo, które w ani jednym, ani drugim gatunku nie jest u niego tendencyjne i szablonowe.


Ziemia umiera. Niby nie jest to wiadomość dla naszych czasów zaskakująca, ale w powieściowym XXIV wieku ludzkość zyskuje pewność, za sprawą wyliczeń superkomputera obdarzonego SI, który wylicza dokładną datę kresu istnienia ludzkości. Jednak ów superkomputer ma też plan ratunkowy - gigantyczny statek pokoleniowy o nazwie Yggdrasil, który ma uratować starannie wyselekcjonowane jednostki przed zagładą.

Siedemset lat później dwójka podrasowanych technologicznie astronautów - Rez i Lilo - powraca na Ziemię. Spodziewają się zastać wymarłą, spustoszoną pustynię, więc to, co zobaczą zupełnie ich zaskoczy. Ziemia przetrwała, ludzkość także, choć daleka jest od poziomu rozwoju, jaki Yggdrasil pozostawił w dzień swego odlotu.

Tym samym zadanie, przed jakim stoją nasi bohaterowie - odnalezienie Biblioteki Snów, zawierającej ogół wspomnień całej ludzkości - stanie się jeszcze trudniejsze.

 

Zderzenie z prymitywnymi plemiennymi kulturami, podróż przez quasi wiktoriański Londyn (a ściślej - jego wierną kopię stworzoną dla utrzymania w ryzach społecznych wyrzutków), aż do zaawansowanej technologicznie, ale zupełnie obumarłej moralnie Aurory, miasta, które zachłysnęło się własnym samouwielbieniem - to sceneria powieści Cichowskiego, w której ironia miesza się z groteską, czarny humor z mroczną wizją upadku rodzaju ludzkiego, a wreszcie zagubienia naszych bohaterów pomiędzy poczuciem obowiązku, a tęsknotą do świata, którego przecież i tak nawet nigdy nie znali, bowiem urodzili się już w trakcie lotu Yggdrasila.

 

Cichocki w sposób umiejętny i sugestywny prowadzi fabułę, w żaden z tonów nie popadając do przesady. Balansuje na krawędzi subtelności, pisząc poetycko, momentami z filozoficznym zacięciem. Ta powieść ma to, czego częstokroć brakuje współczesnej literaturze. Specyficzny rytm narracji, sprawiający że jest ona nie tylko spójna i poprawna gramatycznie, ale zdaje się brzmieć, jak muzyka.

Bohaterowie - tak podobni do naszych współczesnych, a jednocześnie tak bardzo od nas różni przypominają mi nieco postaci Valeriana i Laurelin z francuskiej seri komiksowej Christiana i Mezierese'a. Nieustraszeni eksploratorzy obcych światów, bliscy sobie w wyniku długiej izolacji od kogokolwiek innego. Którzy nie tylko, zazwyczaj - jak to w dobrej historii przystało - wpadają w nowe kłopoty, ale też odkrywają - niby to zupełnie przypadkiem - gorzkie prawdy nie tylko o eksplorowanych światach, ale też - a może przede wszystkim - o sobie samych.

Wnioski, jakie nasuwają się w trakcie lektury Pyłu Ziemi napawają smutkiem. Mimo częstych prób okraszenia treści ironią i humorem, etykietka, jaką autor przypina ludzkości - czyli i nam poniekąd - nie należy do najchlubniejszych. Ciekawa jest we wszystkim rola Yggdrasila, którego nazwa wywodzi się wszak od nordyckiego Drzewa Życia. W powieści pełni ono funkcję ratunkową - jako statek, który zabiera określoną grupę kandydatów z dala od umierającej Ziemi, ale - jak odkryje Rez w trakcie swoich badań w Bibliotece Snów - założenie całego przedsięwzięcia było zgoła inne...

 

Czasowe retrospekcje urozmaicają fabułę, ale też rodzą nutkę niepewności, odsłanianej po pojedynczym elemencie tajemnicy, co tylko działa na korzyść powieści, czyniąc książkę jedną z ciekawszych premier tej wiosny.

Warto przeczytać, jeśli szuka się nietuzinkowej prozy, opartej na solidnym warsztacie oraz jeśli lubi się prozę, która zamierza przełamywać utarte, gatunkowe konwencje, jednocześnie momentami kłaniając się w pas klasykom. Cichowski nie kopiuje gotowych rozwiązań z dorobku tuzów literatury SF, ale tworzy coś nowego, dając tylko sygnały, że o nich pamięta. Jednocześnie udało mu się uniknąć wyświechtanych już na wylot fabularnych kalek.

Jego fasadowy, wiktoriański Londyn,mający być przyczółkiem dla wszystkich zbuntowanych i niepokornych mieszkańców Aurory - miasta idealnego, staje się ostoją wszystkich, którzy nie poddali się swoistej, zafałszowanej pulpie quasi- Królestwa, będącego niezgrabnie zawoalowaną dyktaturą, ale też jednocześnie swoistym żartem samego siebie.

Jack - Król Londynu to z jednej strony bohaterski outsider, stawiający odpór znienawidzonemu systemowi, którego jest nierozerwalną częścią, ale też i swoja własna karykatura , bo jego bunt - na równi ekspresyjny, co zupełnie nieadekwatny - niczego dobrego nie przynosi ani jemu, ani komukolwiek innemu.

Przykłady na groteskowość obrazów odmalowanych przez Cichockiego można by mnożyć, ale czy nie lepiej po prostu przeczytać? Polskie sf świetnie pokazuje, że nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, a takie nazwiska, jak właśnie Cichowski przywracają wiarę w gatunek.


Polecam, zwracając jeszcze uwagę na znakomitą, minimalistyczną okładkę powieści, świetnie komponująca się z treścią i dopełniającą książkę.


Wydawnictwo SQN - brawo! Po raz kolejny, zresztą.

 

Mariusz "Orzeł" Wojteczek

PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij