Przejdź do sklepu
Logo

Toy Land - Recenzja

Robert J. Szmidt
Polecane dla: Fanów science-fiction
Odradzane dla: Wielbicielek Harlequina  
Data recenzji:
Toy Land

Pulpowa zabawa z konwencją SF w wykonaniu wprawnego rzemieslnika

Czy proza lekka, łatwa i przyjemna może być dobra? Robert Szmidt udowadnia, że jest to możliwe. Powieść osadzona w konwencji SF z dużą ilością akcji, oparta na nieco szablonowych, ale wciąż ujmujących pomysłach to właśnie Toy Land, wznowiony niedawno przez Dom Wydawniczy REBIS w serii Horyzonty Zdarzeń.

 

Historia tej książki jest równie długa, co skomplikowana. Zaczęło się od tego, że Szmidt - któremu spodobały się historie z Toy Wars Andrzeja Ziemiańskiego - postanowił wykorzystać postać twardego najemnika Dantego - dawnego szefa Toy - we własnej historii. Z jednej strony było to przysłowiowe „mruganie okiem” do zaprzyjaźnionego twórcy, z drugiej popularny ostatnio - a w tamtym czasie prekursorski - motyw osadzania w powieściach postaci wzorowanych na rzeczywistych znajomych autora ( bo takich pojawia się znaczne grono w powieści). Teraz jest to zabieg, który i sam Szmidt z powodzeniem wykorzystuje marketingowo ( Szczury Wrocławia), ale wtedy była to fandomowa zabawa.... Akurat to w przypadku wznowienia - choć Robert konotacje z rzeczywistymi osobami szczegółowo wyjaśnia we wstępie - wielkiego znaczenia nie ma i zainteresuje chyba jedynie tych, którzy się w książce znaleźli. Zwłaszcza, że powieść Szmidta można śmiało czytać bez znajomości historii Ziemiańskiego. Jest zupełnie niezależną, autorską historią, znacząco zresztą przeredagowaną przez autora w stosunku do pierwotnej wersji.

Jest to jednocześnie powieść osadzona w tym samym wszechświecie, w którym kilka lat później osadzona została akcja Pól zapomnianych bitew. I mimo, że nie można Toy Land nazwać prequelem, to jednak znajome środowisko - dla tych, którzy lekturę pierwszych dwóch tomów wspomnianego cyklu mają już za sobą, tylko uatrakcyjni obcowanie z tą książką.

 

Toy Land. Niby prosta opowieść, gdzie mamy nagromadzenie tendencyjnych pomysłów i ogranych fabularnych rozwiązań. Ale całość jakoś ze sobą współgra, jednocześnie brzmiąc na tyle dobrze, że nie potępiamy powieści za wtórność, ale kiwamy z uznaniem głową. Bo niby to wszystko już gdzieś było, ale jednocześnie tutaj się odnajduje na nowo, tu brzmi dobrze, mrugając popkulturowym okiem do czytelnika.

Szmidt nie próbuje stworzyć nowatorskiego dzieła, nie usiłuje przełamywać gatunkowych konwencji. Odnalazł swoją twórczą niszę i konsekwentnie się w niej realizuje, dając nam dynamiczne popkulturowe akcyjniaki. Zmienia się konwencja, z sf na postapo, a czasem i fantasy ( bywało...), ale jednak założenie jest to samo. Eksplorować dany gatunek, znaleźć w nim to co najsmakowitsze i wrzucić do jednego tygla. Zamieszać i serwować głodnym akcji czytelnikom, którzy szukają w literaturze dobrej, nieskomplikowanej rozrywki.

To właśnie główna zaleta pisarstwa Roberta Szmidta. Nie pretenduje on do autora „prawd objawionych”, ale prosto, po chłopsku serwuje rozrywkę.

I słusznie, bo taka literatura - podparta niezłym warsztatem i sprawnym językiem oraz znaczącą znajomością gatunkowego dorobku - jest jak najbardziej pożądana.

Toy Land - mimo zupełnie niewspółmiernego ciężaru fabularnego i znaczącej dawki ironii - nie różni się wiele od swoich następców, czyli powieści z serii Pola zapomnianych bitew. Też mamy tu zetknięcia z obcą cywilizacją (w Toy Landzie trochę mi to pachnie Obcym, ale raczej w formie ukłonu wobec klasyki, niż nachalnego wtórnictwa). Też mamy postacie specyficzne, takich zgorzkniałych outsiderów, którzy niejednokrotnie idą pod prąd i choć wpadają w bagno po uszy, to finalnie uda im się zawsze wykaraskać z tarapatów. Pytanie tylko, jak bardzo posiniaczeni będą.

Główny bohater to gość, którego nie do końca da się lubić. Oschły, brutalny. Typowy twardziel, nie szczędzący połajanek swoim podwładnym - którzy nadal patrzą w niego wręcz jak w boga - nie stroniący od niewybrednych, seksistowskich żartów. Ale czego wymagać od najemnika? No przepraszam bardzo - każdy inny rys tego bohatera nie zdawałby się wystarczająco wiarygodny.

Jeśli historia o najemnikach, to trudno oczekiwać dysput o angielskiej poezji romantycznej. A ponętna postać pani doktor Katei Tychoo wcale sytuacji nie poprawia.

Toy Land to dynamiczna proza, pełna widowiskowych strzelanin, starć z obcą rasą - która wcale nie jest taka nieszkodliwa i przyjazna, jak się wszystkim na początku wydaje - a do tego rubasznego, „męskiego” humoru, doskonale pasującego do wykreowanych przez Szmidta bohaterów.

Mamy też w tle wielkie korporacje, tradycyjnie o brudnych rękach ( co przywodzi mi na myśl wątki często eksplorowane w swojej twórczości przez Marcina Przybyłka) i koniecznie efektowny finał.

Toy Land niby nie odkrywa niczego nowego, niby prześlizguje się po wyświechtanych już mocno motywach, jednak nie ujmuje jej to w niczym miana dobrej rozrywki. Szmidt doskonale potrafi grać konwencją, a i niejeden raz przecierał gatunkowe szlaki w polskiej literaturze rozrywkowej.

Toy Land to fajne przypomnienie prozy sprzed prawie dziesięciu lat i choć niewiele ją tak naprawdę łączy z bardzo dobrym cyklem Pola zapomnianych bitew, to warto przeczytać, jeśli szuka się dobrej, puplowej rozrywki.

 

I okładka. Tradycyjnie już, w przypadku serii Horyzonty zdarzeń, odpowiada za nią Tomasz Maroński. I - tradycyjnie - wywiązuje się ze swojego zadania wspaniale.

 

 

PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij