Przejdź do sklepu
Logo

Wywiad z Remigiuszem Mrozem

Małgorzata Nowak
Data recenzji:
Wywiad z Remigiuszem Mrozem

"Nie chciałem, żeby Wotum nieufności było komentarzem względem personaliów, a raczej wiwisekcją organizmu politycznego, w żyły którego wszyscy tłoczymy krew."

Remigiusz Mróz (ur. 1987) – pochodzi z Opola, z wykształcenia prawnik z tytułem naukowym doktora. Obecnie jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy. Z reguły kojarzony z kryminałem, nie stroni jednak od innych gatunków takich jak powieść historyczna czy thriller prawniczy. W styczniu ukazała się jego książka skoncentrowana na tematyce politycznej, Wotum nieufności.

 

Wotum nieufności otwierające cykl W kręgach władzy to political fiction, dotąd raczej nieobecne na polskim rynku wydawniczym. Jak na ponad dwadzieścia pięć lat demokracji i politycznych dyskusji przy świątecznych stołach to dość późny debiut. Z czego to wynika?

Wydaje mi się, że z ostrożności polskich wydawców. Z podobnym zjawiskiem spotkałem się, kiedy chciałem zainteresować oficyny pierwszym tomem cyklu prawniczego z Chyłką – wszyscy jak jeden mąż twierdzili, że wprawdzie John Grisham sprzedaje się u nas całkiem nieźle, ale polska powieść w tej konwencji nie ma racji bytu. W przypadku polityki dochodzi jeszcze niebezpieczeństwo przesytu – nasze społeczeństwo żyje tym, co dzieje się w parlamencie, a nawet najmniej istotny news z sejmu potrafi królować w kilku cyklach medialnych. Sam miałem obawy, czy wchodząc w ten rodzaj fikcji, uda się znaleźć sposób, by zainteresować Czytelnika. Ale piszę właśnie drugi tom, więc chyba jest dobrze!

 

Jak podczas pisania odnajdywał się Pan w tym gatunku? Trudniej wykreować przekonujących polityków, prawników a może morderców?

A jest między nimi jakaś różnica? (śmiech). Poważnie mówiąc, wszystko zależy od bohaterów. Tych najbardziej skomplikowanych, doświadczonych życiem, skrzywionych w taki czy inny sposób kreuje się najlepiej – a właściwie kreują się sami. Szczególnie ciekawi dla pisarza są ci, którzy słyszą l’appel du vide, czyli tak zwane wołanie pustki czy otchłani. To zjawisko polegające na tym, że stojąc na skraju urwiska i patrząc w dół, czy jadąc samochodem i spoglądając na przeciwległy pas, kusi nas, by… dokonać żywota. Takie autodestrukcyjne zapędy, choć może nie aż tak skrajne, są świetnym fundamentem dla budowania postaci.

W przypadku polityków pole do zagospodarowania psychologicznych demonów było całkiem spore, bo wykonują pracę, która wiąże się z ogromnym napięciem. A to, co dzieje się za kulisami, jest żyznym polem dla wyobraźni autora.

 

Czytając tę powieść trudno wyczuć, po czyjej stronie leży Pańska sympatia. Czy cały czas był Pan obiektywnym obserwatorem politycznej rozgrywki, czy jednak bardziej przywiązał się Pan do którejś z postaci? 

Zanim zacząłem pisać Wotum nieufności, postanowiłem, że przynajmniej postaram się nim być. Przypuszczałem, że nie będzie łatwo, a Czytelnicy prędzej czy później przejrzą, do której postaci mi bliżej. Ostatecznie odnoszę jednak wrażenie, że udało mi się osiągnąć zamierzony efekt – może było mi łatwiej, niż się spodziewałem, bo patrzę na to nie okiem politologa czy osoby obeznanej w sprawach dogmatycznych, a konstytucjonalisty. Taki ogląd, przynajmniej z założenia, wiąże się bardziej ze sferą pragmatyzmu niż ideologii. Ale z pewnością niełatwo było czasem ustami bohaterów przedstawiać poglądy, z którymi niespecjalnie się identyfikuję.

 

W trakcie tworzenia książek słucha Pan odpowiednio dobranej muzyki, np. przy Parabellum towarzyszył Panu Sabaton. Jak było w tym przypadku?

Dobre pytanie. Do pozycji kryminalnych czy okołokryminalnych najczęściej dobieram jak najbardziej niepokojącą „ścieżkę dźwiękową”, która towarzyszy mi właściwie przez cały dzień. W przypadku Wotum nieufności było trochę inaczej. Na tapecie znaleźli się na pewno Lynyrd Skynyrd z albumem Last of the Dyin’ Breed i Alter Bridge z nowym krążkiem The Last Hero. Więcej grzechów nie pamiętam.

 

Wotum nieufności skupia jak w soczewce chyba wszystkie problemy obecnie rozgrzewające polskie życie polityczne – począwszy od uchodźców, na stosunkach z Rosją skończywszy. Jaka diagnoza społeczna wyłania się z tak zarysowanego obrazu?

Względnie optymistyczna – przynajmniej biorąc pod uwagę to, jak ponuro robi się w drugim tomie (śmiech). Pierwszy stanowi właściwie tylko preludium i wierzchołek góry lodowej, która w ostatecznym rozrachunku odzwierciedla wszystko to, co obecnie się dzieje. Jest zatem sporo post-prawdy i wszystkiego, co się z tym wiąże, mniej lub bardziej realnych zagrożeń, trochę manipulowania opinią publiczną i… i chyba zbliżam się do nadmiernego krytycyzmu otaczającej nas rzeczywistości, więc może na tym poprzestanę. Ale poważnie mówiąc – wydaje mi się, że w political fiction obowiązuje taka sama zasada, jak w kryminałach. Sytuacja realna nigdy nie jest tak opłakana, jak ta fikcyjna. U Jo Nesbø po ulicach Oslo biega cała plejada seryjnych zabójców – w rzeczywistości tacy psychopaci właściwie się tam nie pojawią. I podobnie jest z polityką… a przynajmniej taką mam nadzieję.

 

Przyglądając się uważnie bohaterom powieści można dostrzec w nich pewne powinowactwo z konkretnymi postaciami polskiej sceny politycznej. Być może zabrzmi to naiwnie, ale czy to w pełni zamierzony zabieg, czy raczej konsekwencja przejmowania otoczki, w jakiej żyjemy?

Wydaje mi się, że to kwestia subiektywnego odbioru. Z ciekawością słucham, jak niektórzy porównują daną postać do jednego rzeczywistego polityka, a inni tę samą odnoszą do zupełnie innego. Podział lewica-prawica-centrum z pewnością jest sugestywny, ale starałem się nie wzorować ani na realnych partiach, ani na uczestnikach życia politycznego. Nie chciałem, żeby Wotum nieufności było komentarzem względem personaliów, a raczej wiwisekcją organizmu politycznego, w żyły którego wszyscy tłoczymy krew.

 

Jedną z tendencji polityki zagranicznej pojawiającą się także w Polsce są silne kobiety. Kimś takim wydaje się początkowo marszałek sejmu Daria Seyda, ale okazuje się, że tak naprawdę jest sterowana przez mężczyzn, brak jej też wystarczającej charyzmy. Zmieni się to w kolejnych tomach?

Z taką nadzieją tworzyłem tę postać. Chciałem, by rosła w siłę charakterologiczną wraz z zyskiwaniem tej politycznej. Ostatecznie nigdy jednak nie wiem, jak dany bohater zareaguje na otaczającą go rzeczywistość. Czy Seydzie udało się spełnić oczekiwania, jakie w niej pokładałem? To dopiero się okaże, ale jedno jest pewne – łatwo mieć nie będzie. Okazji do hartowania ducha, lub jego złamania, będzie miała aż nadto.

 

Kiedyś chciał Pan zostać politykiem. Czy odnalazłby się Pan na kartach własnej opowieści?

Przypuszczam, że tak, bo znałbym najbrudniejsze sekrety wszystkich polityków. Ale przez to pewnie nie byłoby tak ciekawie, jak w sytuacji, gdy mógłbym pojawić się pewnego dnia w prawdziwym gmachu przy Wiejskiej i zająć miejsce w ławach sejmowych.

 

Tess Gerritsen czytała Behawiorystę. Czy byłby Pan ciekaw opinii Michaela Dobbsa o Wotum nieufności? Wszak okładka głosi, że ma być to polskie House of Cards.

Ogromnie! Wprawdzie niespecjalnie przepadam za takimi porównaniami, ale mają swoją zaletę – wysyłają jasny sygnał, czego się spodziewać. Nie mam na myśli wartościowania pozycji, ale konotację gatunkową. Samo political fiction byłoby w tym przypadku enigmatyczne, bo równie dobrze mogłoby oznaczać fabułę w stylu Archera, Baldacciego, Dobbsa czy nawet Phillipa K. Dicka lub innego autora osadzającego opowieści w alternatywnej historii.

 

Czytelnicy zazwyczaj entuzjastycznie podchodzą do kontynuacji Pańskich powieści, ale czy nie obawia się Pan tzw. klątwy drugiej części w przypadku W kręgach władzy? Nie ustrzegł się jej wspomniany już Dobbs – Ograć króla jest jednak słabsze niż Bezwzględna gra o władzę.

Autor zawsze powinien się obawiać – wydaje mi się, że to jest warunek rozwoju i tworzenia na określonym poziomie. Niech więc boi się każdej możliwej klątwy. Niech towarzyszy mu niepokój, że każda kolejna książka będzie słabsza od poprzedniej. Tylko dzięki temu nie osiądzie na laurach i będzie miał szansę na tworzenie coraz ciekawszych historii – a przecież właśnie o to nam wszystkim chodzi.

 

Prawa do ekranizacji serii z komisarzem Wiktorem Forstem oraz ekscentryczną prawniczką Joanną Chyłką zostały sprzedane. Wyobraża sobie Pan Darię Seydę i Patryka Hauera na ekranie?

Nie tylko sobie wyobrażam, ale mam ogromną nadzieję, że kiedyś ich na nim zobaczę! Do tej pory mieliśmy jedną produkcję skupiającą się w stu procentach na sprawach politycznych – świetną Ekipę od Agnieszki Holland. Pochłaniałem każdy odcinek tego serialu, mając nadzieję, że czas nieco zwolni i przyjemność potrwa dłużej. Wydaje mi się, że polscy filmowcy mieliby wiele do powiedzenia w podobnej konwencji – i jestem przekonany, że prędzej czy później tak się stanie. Jeśli dojdzie do tego na kanwie W kręgach władzy, będę wniebowzięty.

 

Część z kreowanych w Pańskich książkach wydarzeń ma swoje późniejsze odpowiedniki w rzeczywistości – chęć uchylenia immunitetu jednemu z sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wypadek rządowej limuzyny czy wreszcie  głosowanie o wotum nieufności dla rządu. Nie zaczyna się Pan bać własnych pomysłów?

Trochę. Choć może nie tyle swoich pomysłów, co raczej pewnego kierunku, w którym zmierzamy. Nie mam zdolności profetycznych, nie przewiduję tych zdarzeń – wynikają z logicznego ciągu następstw. Łańcucha przyczynowo-skutkowego, który z jakiegoś powodu zrodził się w mojej głowie. Jaki to powód? Czasem dedukcja, czasem fakt, że coś zakończyło się w taki a nie inny sposób w przypadku innego kraju. Ostatecznie jednak jestem optymistą – skoro mnie zdarza się wpaść na takie czy inne konsekwencje określonych zdarzeń, tym bardziej zrobią to ludzie mądrzejsi ode mnie, którzy w porę zapobiegną tym najczarniejszym scenariuszom.

 

Ile książek sygnowanych Pańskim nazwiskiem trafi na półki księgarń jeszcze w tym roku?

Zakładając, że nie wymyślę już żadnego pseudonimu, cztery. Szczególnie ciekaw jestem tego, jak zostanie odebrana premiera wakacyjna. Przygotowałem coś zupełnie nowego, zarówno pod względem tematyki, jak i narracji. Zagłębiłem się w najmroczniejsze zakamarki moich własnych obaw i… zgotowałem sobie kilka przespanych nocy, koszmary i ogólny niepokój, który towarzyszył mi przez ileś tygodni.

 

W Polsce jest Pan jednym z bardziej poczytnych pisarzy. Czy możemy spodziewać się zagranicznych wydań Pańskich książek?

Mam nadzieję! Wszystko wskazuje na to, że to nie kwestia „czy”, a „kto” i „kiedy”. Propozycji trochę się uzbierało, staramy się wraz z wydawcami wybrać tak, by wejść na rynki zagraniczne z odpowiednim przytupem. Rozważamy plusy i minusy danej oferty, wgryzamy się w szczegóły, dyskutujemy o tym, czy lepszym rozwiązaniem jest globalna oficyna, czy może lokalna na każdy rynek. Dylematy do łatwych nie należą – za to do przyjemnych jak najbardziej.

 

Dziękuję za poświęcony czas.

Cała przyjemność po mojej stronie!

 

- rozmawiała Małgorzata Nowak

Fot.: Olga Majrowska/Wydawnictwo Filia

PRZEJŚCIE DO SKLEPU
© Portal o kulturze RZECZGUSTU
W związku z nowelizacją Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że nasz serwis internetowy wykorzystuje pliki cookie.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu oraz zbierania informacji dotyczących odwiedzin na stronie. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w ustawieniach swojej przeglądarki.

Zamknij